Po rozdzierającym serce odwołaniu wypadu w dni 18.11. zdecydowaliśmy bez względu na koszta zorganizować zaległy wyjazd już w następnym tygodniu. Z powodu problemów z umówieniem się zdecydowaliśmy się zrezygnować (tymczasowo) ze współpracy z Rosomakiem. Tak więc decyzja została podjęta: 26.11. wyruszamy na Rokitnicę, by pozostawić tam swój ślad...
Jednak na tym problemy się nie zakończyły. w piątek doszło do poważnych powikłań, które o mały włos nie doprowadziłyby do fiaska kolejnego przedsięwzięcia. Maciek Sł., Maciek, Piotrek, oraz Karol nie mogli przyjechać (ten ostatni z powodu imprezy urodzinowej - wszystkiego najlepszego od całego zastępu ;)), natomiast Franek wraz z nowym chłopakiem - Krzysiem mogli dojechać dopiero ok. godziny 10.00.
Mimo wszystko zdecydowaliśmy iść dalej, by przełamać impas i następnego dnia ruszyłem na miejsce już o ósmej, by przygotować miejsce na przybycie reszty. Całe szczęście, że miałem aż dwie godziny, bo znalezienie domniemanego miejsca na ognisko zajęło ponad godzinę. Miałem już ochotę poddać się, ale w myśl ósmego punktu prawa poprawiłem uśmiech na twarzy i ruszyłem dalej. Chwilę później spojrzałem z pewniej wysokości na zamglony dotychczas staw. Na jego drugim brzegu dostrzegłem jakiś kształt, który zdawał się być wzniesiony ludzką ręką. Kilka sekund byłem już na brzegu przebiegłem chwiejną kładkę i... tak!!! To było tak wyczekiwane miejsce na ognisko przykryte drewnianą wiatą.

Nazbierałem trochę drewna, przygotowałem krótką grę i ruszyłem na przystanek autobusowy po resztę chłopaków. Gdy byliśmy już w komplecie ruszyliśmy w stronę pobliskiej Biedronki, gdzie zaopatrzyliśmy się w potrzebne zapasy jedzenia, po czym udaliśmy się do lasu.
Gdy dotarliśmy na miejsce Krzysiu i Franek zajęli się szukaniem drewna, gdyż postanowiliśmy zjeść wcześnie obiad. Bez problemu rozpaliliśmy ogień i Krzysiu zaczął przygotowywać kurczaka, a ja zająłem się ryżem. Po chwili jedzenie zapachniało w okolicy. Właśnie wtedy zorientowaliśmy się, że tylko ja mam menażkę.

Zaczęliśmy jeść. Franek z części menażki - łyżką. Krzysiu w menażce - widelcem. Ja z patelni - nożem... Już pierwszy kęs przyniósł iście skautowskie doznania. OSTRO... Ale czemu? Wtem myśl, ot iskra z płonącego przed nami ogniska, przebiegła mi przez głowę i wnet cały las mojej świadomości zapłonął ogniem. "Krzysiu - ile wsypałeś tej przyprawy do kurczaka?" - "No całą...". Wybuchnęliśmy śmiechem...
Trzeba jednak oddać młodemu kucharzowi, że dzięki intensywnemu smakowi mięsa mdły ryż stał się również ciekawym daniem. W końcu zjedliśmy nasze iście azjatyckie porcje i rozpoczęliśmy następny punk programu - Apel Ewangeliczny. Owocem naszych rozmyślań było wprowadzenie nowej inicjatywy nazwanej "Krucjatą Modlitwy". Polega ona na wzajemnej modlitwie za siebie członków zastępów.

Po apelu chłopaki otrzymali sporządzony przeze mnie zaszyfrowany list, po którego odcyfrowaniu ruszyli szukać następnej wiadomości 100 kroków dalej na azymut 130° Tutaj musiałem niestety interweniować z powodu przesadnego ukrycia wiadomości. Po jej odnalezieniu chłopaki musiały wykazać się znajomością Morse'a. Gdy udało się rozszyfrować wiadomość zakończyliśmy tę krótką grę, a wraz z nią wypad.
Niecałą godzinę później staliśmy już w autobusie omawiając plany na przyszłość i miniony wyjazd...
To by było na tyle, jeśli chodzi o TEN dzień, wkrótce następne sprawozdania.
Tak, mam zdjęcia ;) :
Komentarze
Prześlij komentarz