Przejdź do głównej zawartości

Zbiórka ZZet-u Wrocław 17-18.12.16 r.

 Około godziny 7.30. na dworcu w Zabrzu pojawił się pewien zastępowy. Co prawda w kurtce, ale beret i powiewający nad głową żółto-zielony totem zastępu nie pozostawiały wątpliwości. Całości dopełniał czerwony plecak na plecach i uśmiech na ustach. Chwila zastanowienia i... no tak to przecież ja...

 O 7.43. wsiadłem do pociągu w stronę Wrocławia. W Gliwicach dosiadł się Stefan, zastępowy Brzany. Czas podróży upłynął nam na rozmowach z sąsiadami z przedziału. Gdzieś koło godziny 10.40. wysiedliśmy na stacji Wrocław Główny. Udaliśmy się schodami w dół i weszliśmy do typowego między-peronowego tunelu. Skręt w prawo i po chwili jesteśmy na dworze. I tu niespodzianka! Nigdzie ani śladu dobrze mi znanych zamko-podobnych zabudowań dworca. Lekki szok szybko minął i postanowiliśmy wrócić do tunelu i pójść w przeciwną stronę. Tunel dłuży się okrutnie. Któryś z nas zwraca uwagę, że więcej tu studentów niż innych przedstawicieli społeczeństwa. W końcu dochodzimy do końca i oddychamy z ulgą. Wreszcie! Teraz rzeczywiście wiem gdzie jesteśmy. Telefon do Piotrka i już po chwili stoimy pod zegarem, gdzie wyznaczone mamy miejsce spotkania.

 I właśnie czekających zastali nas Karol i Remek, czyli odpowiednio zastępowy i czołowy zastępu Dzik. Była w tym spotkani również smutna część, gdyż okazało się, że z bliżej nieokreślonych przyczyn Mikołaj - zastępowy Wilka - nie przyjedzie. Dołączył w ten sposób do grona w którym znaleźli się również: Kuba z Rosomaka i Radek z Niedźwiedzia.

 Po chwili przyjechał również Piotrek i zabrał nas autobusem do naszej placówki wypadowej, która pomimo iż tajemnicza okazała się być po prostu domem sióstr Piotrka (a co za tym idzie również Karola).

 Gdy już się rozgościliśmy drużynowy wyciągnął laptopa i zaproponował byśmy teraz zrobili wpisaną w plan wyjazdu "nasiadówę". Nikt nie zaoponował (ciekawe co wtedy by było ;)). Ponad godzinę rozmawialiśmy o drużynie oraz o naszych zastępach. Podzieliliśmy się przemyśleniami, oraz dobrymi i tymi nieco gorszymi wydarzeniami ostatniego miesiąca. Podjęliśmy istotne decyzje dot. zimowiska, oraz spotkania opłatkowego. Szczegółów na razie nie zdradzam (zagadkowy uśmiech na twarzy).

 Potem udaliśmy się na miasto. Zwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc, odwiedziliśmy Ostrów Tumski i generalnie dobrze się bawiliśmy. Po przekąszeniu "obiadu" (bagietka + banan) pojawiliśmy się też na punkcie widokowym na szczycie SkyTower'a. Niestety, widoczność mieliśmy taką sobie.

 Następnie wróciliśmy do bazy. Skąd po przerwie na odpoczynek (wypełnionej rozmową na temat historii drużyny i nie tylko) ruszyliśmy na ostatnią (prawie) tego dnia atrakcję - lodowisko. Cóż... przez jakieś 35 min śmigaliśmy (bądź nie) po tafli lodu. Ja zaliczałem się do grupy "nie".

 Przetrwałem i mieliśmy wracać do mieszkania, ale Piotrek musiał skoczyć do siebie, więc przedtem zwiedziliśmy mieszkanie naszego drużynowego, co u części z nas wzbudziło żywe zainteresowanie.
Wróciliśmy jednak bardzo zmęczeni i szybko poszliśmy spać (razem z Karolem i Stefanem byliśmy jeszcze w Biedronce).

 Rankiem w niedzielę żaden z nas nie nalegał by wcześnie wstawać z łóżka, więc dopiero po ósmej byliśmy wszyscy na nogach. Zjedliśmy śniadanie (musli) i poszliśmy na Mszę Św. do pobliskiego kościoła franciszkanów. Po Mszy ruszyliśmy w stronę bodaj ostatniej atrakcji wyjazdu, którą był aquapark. Spotkaliśmy tam odpowiedzialnego m.in. za oprawę liturgiczną na WHM 2016 Jacka - drużynowego jednej z wrocławskich drużyn.

 Przyjechaliśmy do centrum, gdzie w biegu zjedliśmy pizzę kończąc ostatnie dyskusje na temat drużyny. Następnie całkiem biegiem udaliśmy się w stronę domu sióstr szkolnych de Notre Dame. Tak się bowiem składało, że ciocia Remka należy do tego zgromadzenia. Tam wypiliśmy herbatkę i zobaczyliśmy ciekawe podziemia. Niestety czas bardzo nas naglił, więc szybko zwinęliśmy się.

 Później pojechaliśmy na dworzec i tam rozstaliśmy się. Co prawda tylko częściowo, bo ze Stefanem dalej podróżowaliśmy razem. Drogę powrotną poświęciliśmy na dyskusję o wypadzie, który planujemy zrobić razem z Brzanką. W Gliwicach Stefan opuścił pociąg ja zaś wypad kończyłem tak jak zaczynałem - samotnie. Ale by dopełnić tego widoku:

 Chwilę przed 20 z na dworcu w Zabrzu wyszło kilkoro ludzi. Był wśród nich pewien zastępowy. Beret na głowie, proporzec w ręce, plecak na plecach... Idzie w stronę schodów. Mija go grupka dresów, któryś rzucił zaczepkę: "z podrurzy fruciłeś?". On tylko się uśmiechnął. Chwila zastanowienia i... powędrował dalej.

Komentarze