Piątek, 16 czerwca 2017 roku. O godzinie 12.00. na Diablaku melduje się ośmioosobowa grupa. Młodzi, zdrowi (prawie), roześmiani ludzie. Zmawiają wspólnie Anioł Pański, a już po chwili nad masywem Babiej Góry powiewa skautowski sztandar...
Zacznijmy jednak od początku, czyli od dnia poprzedniego - czwartku. Około godziny 20.00 do Zawoi - największej wsi w Polsce, znajdującej się w Beskidzie Żywieckim - zawitało czterech harcerzy... Chwila rozmowy z miejscowymi ruszyli drogą w górę. Kto to taki? Jaki cel ich wędrówki? Spójrzmy!Z przodu kroczy ze sztandarem Skautów Europy, obarczony dodatkowo ciężarem swego plecaka, gitary, oraz siatki z "Żabki" za 69 groszy wypakowanej po brzegi zakupami. I może ciężko byłoby rozpoznać tą osobę, lecz znając choć trochę 1. Drużynę Gliwicką łatwo stwierdzić że to...
Po godzinie marszu dotarliśmy do przełęczy. Tam oczekiwali na nas pozostali uczestnicy Z-zetu: Tymek, Radek, Stefan i oczywiście o. Sebastian SJ. Kolejne piętnaście minut marszu pod górę i oto dotarliśmy na sporą polanę. Na niej znajdowało się kilka zabudowań. Z daleka zobaczyliśmy gospodarzy tego miejsca, którzy przywitali nas harcerską piosenką. Już po chwili siedzieliśmy w tzw. parzoku jedząc kolację i popijając ciepłą herbatę.
W tych warunkach wywiązała się dyskusja na temat dnia jutrzejszego. W planie Babia Góra. Był jednak jeden problem, mianowicie niekorzystne prognozy pogodowe. Ostatecznie zdecydowaliśmy się zrezygnować z nocnej wyprawy mającej zakończyć się zobaczeniem wschodu słońca z dwóch powodów: słabej widoczności, oraz nieznajomości trasy. Zamiast tego mieliśmy wyruszyć wcześnie rano (ok. siódmej), aby najpóźniej o 12.00. znaleźć się na szczycie.
W międzyczasie część z nas zajęła się przygotowaniem izby w tamtejszym drewnianym domu. Rozłożyliśmy materace i karimaty, przygotowaliśmy plecaki do jutrzejszej wyprawy, pomodliliśmy się i udaliśmy się na spoczynek.
Nazajutrz obudziło nas jazzujące pianino - budzik Piotrka. Muszę przyznać, że pierwszy raz w życiu uśmiałem się słysząc budzik... Po porannej modlitwie udaliśmy się do parzoka, gdzie zjedliśmy śniadanie. Uwinęliśmy się dość szybko i ok. 7.15 ruszyliśmy na południe. Niestety, chwilę po ósmej zaczął padać deszcz. z początku lekko, lecz już po chwili był już dość rzęsisty. Zarządziliśmy postój i ubraliśmy się w kurtki. Kilka minut później ulewa zmusiła nas do utworzenia formacji "Żółw" z plandeką zakrywającą nasze głowy. Szliśmy tak jakieś 15 minut nie widząc w zasadzie nic, ale na szczęście później deszcz osłabł i mogliśmy kontynuować marsz w normalniejszych warunkach. Wtedy dotarliśmy do rozstajów dróg. Jedna trasa przez Małą Babią Górę prowadziła aż na Diablak, druga do schroniska. Zdecydowaliśmy, że na razie idziemy do schroniska, gdzie będziemy oczekiwać na lukę w opadach.
Tak się składa, że rzeczona luka nastąpiła akurat wtedy gdy dotarliśmy do schroniska. Jednak ponieważ byliśmy głodni postanowiliśmy najpierw zjeść drugie śniadanie. Weszliśmy więc do środka licząc na znalezienie wygodnego miejsca dla naszej gromadki. Tu jednak przywitała nas niezbyt dobrze wychowana turystka, która skutecznie zniechęciła nas do dalszego szukania miejsca. Jako że akurat nie padało, to posiłek przygotowaliśmy na dworze.
Najpierw olejem z makreli oblał się Tymek. Następną ofiarą była kurtka Mikiego. Po chwili śmieszkowania i kilku wizytach w toalecie wróciliśmy na szlak. Akurat zaczynało kropić... Postanowiliśmy jednak podjąć ryzyko i na Diablak dostać się najtrudniejszą trasą - przez Perć Akademików. Po chwili deszcz ustał. Nie oznaczało to bynajmniej, że dalej pójdzie jak z płatka. Zaczynało się bowiem robić stromo i część została w tyle. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść... Wyszliśmy z lasu i naszym oczom ukazał się omglony szczyt. Jednak prowadząca doń droga była bardzo stroma. Zobaczyliśmy nagie skały i wystające z nich łańcuchy. To bardziej wyglądało groźnie, ale zasiało zwątpienie w naszych szeregach. Damy radę? Nie mogliśmy jednak zawrócić, skoro zrobiliśmy już tyle. Poszliśmy dalej i po chwili zrobiło się jeszcze ciekawiej. Klamry. A więc w zasadzie wspinaczka. Ze względu na warunki pogodowe (dzięki Bogu, akurat nie padało) było naprawdę ślisko. Wzajemnie się wspierając pokonaliśmy jednak i tę trudność. Wtedy w końcu mogliśmy zwrócić naszą uwagę na piękne widoki. Chmura, która początkowo przesłaniała szczyt teraz opadła i znalazła się pod nami. Dalej jednak widoczność była całkiem niezła. Dalej pięliśmy się w górę.
I oto na kilka minut przed 12 byliśmy u szczytu. W bardzo różnej kondycji fizycznej, ale bardzo zadowoleni. Odmówiliśmy Anioł Pański, po czym wykonaliśmy tradycyjne zdjęcie ze sztandarem trzymanym przez osobę będącą na baranach u kogoś wyższego. No, albo u mnie... Kiedy Miki wdrapał się mi na plecy, to zwątpiłem we własne siły. Szczególnie, że niemiłosiernie wiało i Mikołaj miał problemy nie tylko z zachowaniem równowagi, ale też z utrzymaniem sztandaru. Jednak z drobną pomocą chłopaków porodziliśmy sobie. Śmiech na rzeczonych fotkach jest jak najbardziej szczery :).
Po chwili postoju poczęliśmy schodzić granią w stronę przełęczy Krowiarki. Mijając Gówniak, drugi co do wysokości szczyt w masywie Babiej Góry musieliśmy ponownie się zatrzymać, by poczekać na grupę która została w tyle. Po dłuższej przerwie ponownie zaczęliśmy schodzić. Trasa wśród kosodrzewiny wszystkim bardzo się podobała. Gorzej ze znajdującymi się na szlaku schodami, które doprowadzały do szewskiej pasji. No ale cóż, dotarliśmy bez większych trudności do przełęczy, skąd po krótkiej naradzie udaliśmy się w stronę PKS-u w Zawoi. Właśnie dochodziliśmy do wsi, gdy zaczęła się kolejna ulewa. Znowu "żółw", ale tym razem pod mniejszą plandeką i tylko dla czterech osób. Mieliśmy wiele szczęścia, gdyż po drodze napotkaliśmy autobus jadący do centrum. Bez namysłu wpakowaliśmy się doń i po krótkiej chwili staliśmy pod przystankiem w głównej części miejscowości. Z tym, że dalej lało jak z cebra. Gdy deszcz nieco osłabł ruszyliśmy w dalszą drogę. Po niemal pół-godzinie marszu dotarliśmy do pizzerni, gdzie podtrzymaliśmy tradycję i na czwartym Z-Zecie z rzędu zjedliśmy pizzę.
Po zjedzeniu podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza, której przewodził Piotrek miała się zająć zrobieniem zakupów i przeparkowaniem jego samochodu po przeciwnej stronie Beskidka, natomiast druga miała najkrótszą trasą wrócić do miejsca noclegu. Ja znalazłem się w tej drugiej.
Nie mieliśmy dużych trudności w drodze powrotnej (poza padającym deszczem) i dość szybko dotarliśmy do domku, a przede wszystkim do ciepłego przytulnego parzoka. Tam osuszyliśmy się i umyliśmy. Następnie, a jakże by inaczej, popijając ciepłą herbatę czekaliśmy na resztę.
Gdy również pierwsza grupa powróciła i oporządziła się odprawiliśmy Mszę Świętą, a następnie zjedliśmy kolację. Po kolacji przygotowaliśmy wieczorne ognisko. Wraz z Mikim i Radkiem dostaliśmy od gospodarzy gumiaki i wydeptaliśmy teren do siedzenia i rozpalania. Radzio skoczył po rozpałkę w postaci kory brzozowej, ja i Mikołaj przynieśliśmy przygotowane wcześniej drewno. Następnie rozpaliliśmy ogień i zawołaliśmy resztę naszej ekipy. Ognisko upłynęło nam w bardzo dobrej atmosferze, przy żartach, żarcikach i innych śmieszkach. Później poszliśmy do parzoka, gdzie sporo pośpiewaliśmy przy wtórze gitary i gdzie później odbyliśmy Radę Drużyny. Po niej udaliśmy się na spoczynek.
Nazajutrz pobudka była o ósmej. Dzień niestety rozpoczął się dżdżyście i dżdżysty był do wieczora. Ponieważ jednak nie mieliśmy żadnych ambitniejszych planów nie byliśmy tym faktem bardzo zmartwieni. Większość czasu upłynęła nam na rozmowach dotyczących obozu. Był też czas na pracę w grupach i dyskusję na temat roli zastępowego w harcerstwie.
Na obiad dostaliśmy krupnik, do którego zrobiliśmy sobie makaron z dżemem i serem. Po zjedzeniu ruszyliśmy do sprzątania. Dokładnie zamietliśmy wszystkie pomieszczenia, oraz popakowaliśmy swoje plecaki. Gdy wszystko było już czyste wraz z gospodarzami przeżyliśmy Mszę Świętą, po której pożegnaliśmy się z mieszkańcami tego miejsca i zeszliśmy do samochodów, które dowiozły nas do szkoły w pobliskiej Koszarawie.
Tam przywitał nas pan woźny Mieczysław, który oprowadził nas po budynku i pokazał nam malutką salę gimnastyczną, w której mieliśmy spać. Mimo małych rozmiarów była ona zdecydowanie wygodniejsza od wcześniejszego miejsca noclegu. Po dłuższej chwili grania na znalezionym pianinie (w tym prac nad powstającą piosenką drużyny) i partyjce w "21" poszliśmy na jadalnię w której przygotowaliśmy projekty swoich obozowisk na obóz oraz omówiliśmy tegoroczną pionierkę oraz zasady działania nowego wynalazku dawniej roboczo zwanego "Festiwalem Pomysłów", którego oficjalna nazwa zostanie ujawniona na obozie.
Po tej długiej "nasiadówie" przyszedł czas na kolację i mycie się a później na... dalsze granie w kosza, na instrumentach, czy nawet w piłkę nożną. W końcu chwilę przed północą Piotrek stwierdził że starczy... Więc nie zrażając się zaczęliśmy śmieszkować. Na przykład Karol wytrzepał swoją pelerynę na mnie i Mikołaja co zakończyło się mało zemstą z naszej strony. Dodam, że to jemu było bardziej mokro! Ale oczywiście nikt nie brał tych żarcików na poważnie. Rozmowy toczyły się jeszcze długo w noc.
Nazajutrz wstaliśmy o ósmej trzydzieści i po modlitwie zjedliśmy śniadanie. Po nim była Msza Św. Gromadziliśmy się dookoła stołu co wprowadziło pewną nietypową atmosferę w czasie tej Eucharystii. Później odbywało się pakowanie i indywidualne rozmowy n.t. Festiwalu. Zastępowi przedstawiali swoje projekty drużynowemu, który je weryfikował i proponował poprawki.
Później szybko się zebraliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu...
Komentarze
Prześlij komentarz